RSS
wtorek, 02 lutego 2016
Ulica Bohaterów Jedwabnego

15 stycznia 2006 podczas sesji Rady Miejskiej w Jedwabnem nadano Jerzemu Robertowi Nowakowi honorowe obywatelstwo miasta Jedwabne za „wkład w demaskowaniu kłamstw na temat zbrodni na Żydach w Jedwabnem”. Z inicjatywą takiego wyróżnienia dla historyka wystąpił burmistrz Jedwabnego Michał Chajewski.

Kim jest Jerzy Robert Nowak? Na polskiej Wikipedii ma biografię niewiele krótszą niż Gandhi, dłuższą niż św. Teresa z Avili i opatrzoną większą liczbą przypisów niż Radio Maryja, ale niestety mniejszą niż Adam Michnik, w związku z czym możemy powiedzieć, że w tej szacownej encyklopedii, którą edytować może każdy (zachęcam!), zwycięstwo w walce o rząd dusz znajduje się nadal po niewłaściwej stronie historii.

Na dorobek naukowy profesora Nowaka składa się ponad osiemdziesiąt pozycji, których tematem jest przede wszystkim demaskowanie kłamstw, demaskowanie Żydów, demaskowanie masonów, demaskowanie wrogów kościoła katolickiego i rozmaite historiozoficzne, pseudohistoriozoficzne, a nawet paranoiczno-historiozoficzne fantastyczne rozważania. Jest nie tylko wybitnym znawcą kultury żydowskiej, ale i wytrawnym analitykiem i oddanym tłumaczem dzieł węgierskiego tropiciela masonerii, Radomira Malego. 

Profesor Nowak jest również autorem wybitnego dzieła historycznego "100 kłamstw J. T. Grossa o żydowskich sąsiadach i Jedwabnem" (2001), o którego ponadczasowej wartości świadczyć może chociażby fakt, że ma własną stronę na polskiej Wikipedii, zaszczyt, jakim mogą się pochwalić takie klasyczne dzieła jak "Lalka" i "Mein Kampf". Kilka lat później, prawdopodobnie zachęcony komercyjnym sukcesem książki, Nowak wydał następną jej część, "Nowe kłamstwa J.T. Grossa". Piszę o komercyjnym sukcesie Nowaka, ale tak naprawdę nie dysponuję żadnymi informacjami na ten temat. Nie wiem, kto czyta książki profesora. Wiem jednak, kto na pewno ich nie czyta: wszyscy ci, którzy w 2001/2 podpisali list protestacyjny w obronie książki, która ich zdaniem nie zawierała treści szerzących kłamstwa i mowy nienawiści*.

W "100 kłamstwach J. T. Grossa" Nowak rozwija znany wszystkim wielbicielom urban fantasy motyw spisku obcych (często wampirów lub wilkołaków albo zombie, tutaj: Żydów) przeciw niepodejrzewającej niczego miejscowej populacji. Za pomocą magicznych inkantacji rozsiewających oszczerstwa mroczni ci mieszkańcy miejskich dżungli próbują przejąć władzę nad światem. Naprzeciw ich nadchodzącej tyranii staje zaś jeden samotny naukowiec, przez wszystkich uważany za szaleńca. Nie jest to szczególnie nowatorskie ujęcie tematu i sam styl prowadzenia akcji pozostawia wiele do życzenia. Brnięcie przez książkę daje czytelniczce wrażenie czołgania się na czworakach pod wiatr przez pustynię zbudowaną z kanciastych klocków lego. Portret czarnych charakterów jest mocno przesadzony i wymagałby, zdaniem autorki tej recenzji, odrobiny więcej zniuansowania, różnych rodzajów szarości i półcieni. Żydzi w powieści Nowaka przypominają bardziej Śmierciożerców rodem z serii o "Harrym Potterze" albo ul niż grupę składającą się z indywidualności o oddzielnych poglądach, potrzebach i motywacjach. 

Jedynym zaskoczeniem jest zakończenie książki: szalony naukowiec nie zyskuje powszechnego poklasku i nie zostaje bohaterem. Okazuje się, że wszystkie wydarzenia były jedynie wytworem rozgrzanego ogniem paranoi mózgu. W takiej jednak sytuacji lepiej byłoby od początku uciec się do narracji pierwszoosobowej i porzucić pseudoobiektywny styl.

***

Za tę właśnie książkę profesor Jerzy Robert Nowak został przez mieszkańców Jedwabnego wyróżniony honorowym obywatelstwem.

 

*Mimo usilnych poszukiwań, nie udało mi się dotrzeć do pełnej wersji listu. Wielu jego sygnatariuszy już nie żyje.

01:14, sendai_a
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 marca 2012
Terror mówienia, "jest mi przykro"

Szczerze mówiąc, nie rozumiem zupełnie, skąd taka nienawiść do samej koncepcji "żałoby narodowej", że niektórzy od wczoraj wydają się mówić i pisać tylko o tym. Jest to o tyle dziwne, że, warenagara, czy nie jestem hejterką, opłacaną za judaszowe srebrniki z Brukseli za każde słowo antypolskiego jadu, które opuszcza moje jadowe zęby.

Czy nie jestem.

Krytyka żałoby narodowej wydaje się opierać przede wszystkim na tym, że nie potrzeba nikomu kolejnej "szopki". Uważam, że to kompletnie absurdalne: żałoba bowiem jest "szopką" i "przedstawieniem" z definicji: jest kulturalnie uwarunkowanym rytuałem, który pomaga (czy też: ma pomagać) ludziom, którzy stracili kogoś bliskiego pogodzić się z jego lub jej śmiercią. Już w tym momencie ktoś, kto kompletnie nic nie rozumie, mógłby się pytać, czemu żałoba ma koncentrować się na pozostałych przy życiu, skoro najprawdopodobniej to zmarły bądź zmarła cierpieli najwięcej, umierając: trudno wyobrazić sobie cierpienie większe niż to, które kończy się śmiercią (bądź jej towarzyszy). Takie pytanie brzmi tak samo niemądrze, jak pytania o "szopkę", do których nawiązałam wcześniej, ktoś jednak musiał jej kiedyś zadać (zobaczcie, jacy ludzie są głupi!), bo spektakl żałoby faktycznie zazwyczaj nawet teraz udaje, że kręci się dookoła osoby zmarłego, nie zaś tych, którzy go przeżyli, nie trzeba jednak wielkiej przenikliwości, żeby przejrzeć to niewielkie, nieszkodliwe kłamstwo.

Krótka odpowiedź na pytanie, po co "szopka", brzmi więc: bo umarli ludzie. Wiąże się to z potrzebą wykonania wielu gestów, z których niektóre są puste, niektóre autentyczne, inne fałszywe. Nikt nie wymaga od nikogo, żeby naprawdę było mu przykro, kiedy gdzieś daleko umierają ludzie, których nigdy nie widział i których nawet imion nie zna (co tylko bardziej oddala te martwe, poskręcane ciała od człowieczeństwa: czym jest trup, który nie ma imienia?) - osobiście mogę tylko powiedzieć, że mi na przykład jest przykro - ale dorosły członek ludzkiej zbiorowości powinien na tyle przyswoić sobie zasady funkcjonowania w niej, żeby rozumieć, że musi *powiedzieć*, że jest mu przykro, nawet jeśli nie jest mu wcale nie tylko przykro ale w ogóle nic. Można nazwać to szopką, można nazwać to przedstawieniem, ale takie nazywanie tylko pokazuje, że mówiący bądź mówiąca nie rozumie czym jest, gdzie żyje, czym jest człowiek.

Żałoba zawsze jest spektaklem i nie ma w tym nic złego: tylko dzięki temu nadal spełnia swoją funkcję.

Drugie zastrzeżenie do wprowadzenia żałoby jest zazwyczaj takie, że przecież codziennie na drogach i w innych wypadkach ginie tyle i tyle ludzi, czemu wtedy nie ma żałoby, czy śmierć wielu ludzi ma być, pada ukryte pytanie, z tajemniczych powodów cenniejsza? Ponownie: wypowiadanie takich kwestii na głos w towarzystwie innych osób jest równoznaczne z przyznaniem się, że jest się robotem, którego soft jest o parę generacji przestarzały, obecnie bowiem wyposaża się nas w proste przystawki pozwalające na symulowanie i śledzenie nieskomplikowanych procesów myślowych innych ludzi.

Oczywiście, że śmierć wielu ludzi na raz jest czymś innym, budzi większy lęk, bo przypomina, że z wypadku mogą nie uratować się wszyscy. Kolizja pociągów to zresztą coś fundamentalnie innego niż wypadek samochodowy. Wypadek samochodowy jest w roku 2012 czymś prawie bardziej jak śmierć naturalna: nagle wyskoczył na nich zza rogu, nie mieli szans; wpadł w poślizg, każdemu mogło się przydarzyć; straciła panowanie nad kierownicą; ten drugi kierowca był pijany, świeć Panie nad jego duszą. Kolizja pociągów jest czymś daleko bardziej złowrogim: wsiadając do pociągu pasażer, a więc od tej pory potencjalna ofiara śmiertelna, traci bowiem całkowicie kontrolę nad swoim losem. Jego życie jest w rękach maszynistów i dyżurnych ruchu, między torami a zwrotnicą. Maszyniści z kolei wiedzą, że ich życie jest nie w czyichś rękach, ale zależy od skomplikowanej serii okoliczności, wśród nich sprawności systemu, widoczności, pogody, stanu zdrowia dyżurnej ruchu i tego, czy poprzedniego dnia nie zatruła się nieświeżym bigosem: bo pociąg może potrzebować dobrze ponad kilometra, żeby wyhamować.

Tylko człowiek bardzo głupi nie widzi oczywistej różnicy w poziomie lęku: a lęk nie jest niepotrzebny, lęk utrzymuje nas przy życiu.

Wreszcie, jak ostatni wymiotujący na studenckiej imprezie, kiedy wszyscy już wypili szklankę wody, porozmawiali o życiu i przyszłości, i posnęli, pojawia się oszczędnie bystry chłopiec, zawodzący, że OMG IMPREZĘ MI PRZEŁOŻYLI. Kochanie, kochanie, i wszyscy w podobny sposób oszczędnie bystrzy: czy nie wiecie, że wprowadzenie żałoby narodowej nie odwołuje waszych imprez, ale to organizatorzy według własnego uznania odwołują wasze imprezy? Rozumiem, że dla ektra hipst-factor można ponarzekać sobie, jak bardzo tragiczne śmierci obcych ludzi niszczą wam życie kulturalno-towarzyskie, na pewno wszyscy wasi trzynastoletni znajomi w skórzanych bransoletkach z Hot Topic będą teraz wiedzieć, jak bardzo jesteście hardkorowi, omg! Doświadczenie jednak podowiada, że celem hejtu warto czynić sprawcę bezpośrednio odpowiedzialnego za naszego niekorzystne położenie.

To właśnie częste wprowadzanie żałoby narodowej, która jest niczym innym jak wielkim spektaklem, w którym wielu ludzi na raz mówi, "jest mi przykro, że twoja matka nie żyje", w połączeniu ze zdrowym merkantylizmem może doprowadzić do wykształcenia się nowej, sensownej normy, w której mówienie, "jest mi przykro", nie będzie musiało wiązać się z panikarskimi, kiczowatymi komunikatami w mediach, zamkniętymi sklepami i odwołanym koncertem; słowem, do powstania Umiaru.

Uchyl trochę okno, babcia lubiła słoneczną pogodę.

czwartek, 09 lutego 2012
A jego smutna synapsa wyciągała się bezradnie w stronę drugiego neuronu, którego nigdy tam nie było;

nawet kiedy tuzin wygłodniałych glizd powziął postanowienie ulepszenia swoją obecnością jakości jego mózgu.

Mamy oczywiście na myśli samotną, smutną synapsę Łukasza Warzechy, który w sposób typowy dla ludzi bardzo głupich usiłuje pokazać, że ma coś do powiedzenia, padając przy tym ofiarą efektu Dunninga-Krugera: że pozwolimy sobie przypomnieć, jest to zjawisko, które polega na tym, że osoba naprawdę bardzo głupia nie jest w stanie ogarnąć rozmiaru własnej ignorancji, ponieważ jest właśnie za głupia; gdzieś niżej mamy o tym notkę w kontekście Przewodasa, jednak nie chce nam się jej teraz szukać. 

Warzecha jest właśnie taką osobą, tępym koczkodanem srającym na kupę palmowych liści w nadziei obalenia drzewa: czy coś. Nie ma to oczywiście zupełnie znaczenia, nie ma też sensu dyskutować z kimś, kto jest tak ograniczony: i tak nie zrozumie nawet, o co nam chodzi, bo jak każdy niewiarygodnie tepy kretyn, kiedy patrzy w lustro, widzi dziwki, fajki i pomnik Ziemkiewicza na Krakowskim Przedmieściu. 

W gruncie rzeczy, ludziom tak głupim jak Łukasz Warzecha należało by się współczucie, należało by pochylić się nad nimi z lekceważeniem i troską i trochę litością: jakkolwiek co najmniej częściowo swoje groteskowo durne wyziewy emitują ku uciesze tłumu niedomytych, rechoczących troglodytów, to jednak częściowo są po prostu za głupi, żeby umieć robić coś innego. Nie pozwala nam na to jednak ich (także jego, Łukasza Warzechy) twarze zadowolonych z siebie durniów, rybio-szkliste, bezmyślne spojrzenia ludzi, którzy nigdy w życiu nie pomyśleli i nigdy niczego się nie nauczyli, tępe uśmiechy idiotów, w których mózgoczaszkach znajduje się samotna synapsa, tuzin wygłodniałych glizd w formie przetrwalnikowej i cztery galony lepkiego wilgotnego gówna.

Głupota Warzechy uwidacznia się zwłaszcza wtedy, kiedy jest jakaś okazja, czyli właściwie zawsze, bo brak okazji w percepcji kogoś, kto ma dwa neurony i jedną samotną synapsę, też może stanowić okazję. Na przykład, trzeba (tak naprawdę nie trzeba, ale świat osób z samotnymi synapsami podgryzanymi przez glizdy jest światem wyborów pozytywnych) wypowiedzieć się o literaturze. Czy ma się coś do powiedzenia na ten temat? Oczywiście, nie ma się, ale jeśli jest się Łukaszem Warzechą, koncentrując się na samych pozytywach (nowa notka, jupi!), łatwo dojśc do absurdalnego wniosku, że się ma.

Czym dla idioty pokroju Warzechy jest literatura? Łatwo przekonać się, że tym samym, czym jest dla pewnej posłanki PiS: otóż, jest niezwykła, urokliwą i bardzo emocjonalną poezją ulotek wyborczych, na których spasiony wąsaty grubas z błyszczącym czołem nadyma się poważnie, wykrzywia zalotnie kartoflany nosek, dając przykryć się z góry filuternemu napisowi w czerwono-białej czcionce Comic Sans, który głosi, Razem do Lepszej Polski! Poniżej wąsów płynie Wisła, po brzegach rosną wierzby, na dole małymi literkami dopisano, Ulotka sponsorowana przez Komitet Ochrony Życia "Małe Stópki" !!! Nasze specjalne breloki już od 4,99, Dzieciątko Jezus już od 5,99 !!!

Nie da się ukryć: jest to literatura prostego i czytelnego komunikatu, nie do przecenienia, kiedy jest się skończonym, zasmarkanym idiotą, który nie może zrozumieć zdania dłuższego niż przeciętne wyborcze hasło, chyba że co sto słów pojawia się co najmniej raz słowo "Ojczyzna", "zdrajcy", "Honor", "Naród" lub "Pan Jezus".

Tylko w ten sposób możemy wytłumaczyć szczere, ale jakże głupie, jak groteskowe, absurdalne i bezmyślne oburzenie dziewiętnastowiecznych dinozaurów i prehistorycznych troglodytów, że Szymborska ~*ośmielała się*~ zajmować czym innym, niż pisanie na ich zamówienie nudnych politycznych ulotek i pamfletów. Oto Warzecha:

Faktem jest, że nie było w życiorysie Szymborskiej ani krzty osobistego heroizmu, który stał się udziałem Herberta czy również w jakimś stopniu Miłosza. To było – a może bywało – raczej męczeństwo na pluszowym krzyżu. Ale to również kwestia wolnego wyboru, pod warunkiem oczywiście, że nikt nie będzie nam wmawiał, iż było inaczej, a Szymborska była wielką bojowniczką o polską wolność.

Jej wyborem była również ucieczka w przyjemne i bezpieczne regiony absurdu, gdzie można było swoje poletko uprawiać bez specjalnych sporów z cenzurą albo obaw przed sankcjami. W moim odczuciu Szymborska była w swojej twórczości banalistką – owszem, momentami zabawną, zgrabnie sobie radzącą, ale banalistką.

Tak jak każda osoba dysponującą minimum zdolności kognitywnych, minimum przekraczającym zakres zdolności kognitywnych płazińca lub obleńca, jesteśmy w stanie odróżnić dwa zawody: "bojowniczki" i "poetki", dyferencjacja, której, jak widać, Warzecha przeprowadzić nie jest w stanie. 

Należało by jeszcze dodać: osobie, która za banał uważa Życie, a dla której ważna jest polityka, smętne popierdalanie poważnych panów w źle dobranych garniturach przy źle dobranej widowni na źle dobrane tematy i milionych innych rodzajów żałosnego pierdolenia, i to pierdolenia uważa za sens i zawartość człowieczeństwa, należy się wyłącznie pogarda, pogarda i nienawiść. I współczucie, ale w przypadku Warzechy ewidentnie jest już na to za późno.

środa, 01 lutego 2012
***

Jestem zajęta i nie ma mnie, więc w międzyczasie proponuję popatrzeć sobie na uroczy zwiastun "Hakuja-den", pierwszego pełnometrażowego kolorowego japońskiego filmu animowanego z 1958 roku.

Pierwsze kilka minut szef Touei, Ookawa Hiroshi, przechwala się pierwszością i nowoczesnością filmu; dla samej twarzy Ookawy srsly warto popatrzeć.

(Warto w ogóle obejrzeć sam film: wspaniale opowiada o tym, jak religia niszczy wszystko)

18:50, sendai_a
Link Dodaj komentarz »
sobota, 14 stycznia 2012
-

Przed trzecią randką dzwoni do ciebie i mówi, tylko nie wkładaj tej białej bluzeczki, strasznie grubo w niej wyglądasz. Przez ułamek sekundy myślisz sobie, co za chamstwo, ale zaraz przypominasz przecież sobie, że faktycznie, w białym nie wyglądasz zbyt korzystnie, że od czerwca, kiedy przerwałaś z lenistwa czy braku czasu dietę, nadal masz do zrzucenia zbędne trzy kilo czy coś, że wreszcie w sumie to miłe, że można tak bez kłamstwa, bez fałszu, bez zbędnych ozdobników i tak wprost, to takie odświeżające w czasach, kiedy nikt nie mówi tego, co myśli, prawda? 

No i, co najważniejsze; przecież mówi tak, bo chce dla ciebie dobrze, prawda? Nie ma się co obrażać.

Nie wkładasz białej bluzeczki, a następnym razem, kiedy idziesz na zakupy, w ogóle nie kupujesz nic białego.

***

Rano rozlewasz przez przypadek kubeczek jogurtu owocowego na blat kuchenny, po prostu nie zauważasz, że wieczko było pęknięte po prawej na górze. Strasznie nie lubisz być taka nieuważna, no i ten nieporządek potem, po co dokładać sobie niepotrzebnie roboty, przed chwilą właśnie skończyłaś sprzątać; ale jego to bardzo śmieszy. Trzy razy powtarza, jaką jesteś niezdarą, klepie się po kolanach, a wieczorem powtarza to samo znajomym przy kolacji. Jest ci trochę wstyd i czujesz się niezręcznie, wolałabyś już tego nie słyszeć, powtarzanego tyle razy, ciągle, ale w sumie, czy nie ma racji? To przecież przez twoją nieuwagę, musisz się bardziej starać. Gdybyś nie rozlała tego jogurtu, to nikt by się z ciebie nie śmiał.

Kiedy wracacie do domu i pomaga ci zdjąć korale z takim małym, zacinającym się zapięciem, mówi ci, że co ty byś bez niego zrobiła, no co.

***

Wychodzisz z łazienki, wasz komputer stoi na biurku, włączony, tak jak go zostawiłaś, i jeszcze: chyba czyta twoje mejle. 

Szybko zastanawiasz się, czy nie napisałaś czegoś niemiłego, czy nie narzekałaś za bardzo, ale nie wydaje ci się: ostatnio z koleżanką z pracy skarżyłyście się trochę na stres, pisałaś, że boli cię głowa: czy nie brzmiałaś wtedy jak stara jędza, wiecznie niezadowolona? Trochę ci głupio, że zobaczy wszystkie te rzeczy, których trochę nie chciałaś pokazać, ale przede wszystkim dręczy cię niepokój, bo przecież nie pamiętasz już nawet, co tam było napisane, miesiąc czy dwa miesiące czy rok temu; może tam są mejle od lekarki, może nawet narzekałaś na niego tak, że jemu teraz byłoby przykro, nie chcesz, zeby było komukolwiek przykro, nie chcesz, żeby to zobaczył. 

Stoisz w drzwiach i zastanawiasz się co powiedzieć.

Odwraca się do ciebie z uśmiechem i mówi, przecież nie mam przed tobą żadnych tajemnic.

Prawie chciałaś coś powiedzieć, ale tracisz impet, bo wiesz, że to nie jest prawda.

Następnego dnia przynosi kwiaty i idziecie na romantyczną kolację. Zupełnie o wszystkim zapominasz.

***

Budisz się i ogarnia cię niepokój. Coś nieprzyjemnego śniło ci się w nocy, boli cię głowa, myślisz, że nie chcesz właściwie wcale wstawać.

Boisz się wstawać. Myślisz, wszystko mogę zrobić tylko źle.

Z drugiej strony, nie zrobić niczego: to też będzie zrobieniem wszystkiego źle.

Zastanawiasz się, czy nie powiedzieć czegoś, ale czujesz, że nie możesz, bo powinnaś być wdzięczna, że on nadal jest przy tobie, mimo że rano nie możesz wstać i boli cię głowa, i boisz się trochę, co powie, kiedy zaparzysz herbatę i troszkę poleje ci się na ceratę, to przez ten stres w pracy, ostatnio ciągle trzęsą ci się ręce; powinnaś być wdzięczna i nie sprawiać kłopotu. Powiedziałabyś coś mamie, ale ostatnio niezbyt się dogadujecie, bo mama nie znosi jego; nie rozumiesz czemu.

Wstajesz i idziesz pod prysznic. On jest przecież wspaniałym człowiekiem. Kto by cię chciał, gdyby on cię zostawił. Byłabyś już zawsze sama.

Bez niego byłabyś niczym.

***

(link)

(znakomity artykuł o mechanizmach i schematach w przemocy psychicznej)

(płeć bohaterów wybrana wyłącznie dla statystycznej wygody i tylko tam, gdzie nie udało uniknąć się rodzajów)

PS. Koleżanka, której pokazałam szkic, powiedziała, że powinnam zrobić zastrzeżenie, że mnie to nie spotkało, zanim usłysze wyrazy współczucia. Otóż mnie to nie spotkało, ale mogło spotkać, podobnie jak każdego z was, waszych przyjaciół/ek, znajomych, członków rodziny: warto zachować czujność i pamiętać, że to nie wina ofiary, wobec której trzeba być wspierającą, cierpliwą i nie okazywać frustracji.

PPS. Szukam książki o statystykach w wypowiedziach kobiet i mężczyzn, to może chwilkę potrwać, ale pamiętam!

PPPS. To miała być zupełnie nie ta notka dziś, cóż.

16:25, sendai_a
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 stycznia 2012
Wyznania

Drogi Internecie

stało się, czas się przyznać: nie umiem mówić miłych rzeczy. Dziesięć lat używania "uroczy", "rozkoszny" i "słodki" jako obelg wydało wreszcie swój (zatruty!) owoc. Nie umiem, nigdy w życiu nie powiem już nic miłego, wszystko, co przychodzi do głowy, brzmi jak kiepska literatura albo gorzej. Przez chwilę zastanawiałam się czy nie ma jakiegos prostego, racjonalnego a zarazem efektywnego sposobu

(na przykład: w jednym słupku części ciała, w drugim włascicielki, w trzecim przymiotniki: połączyć randomowo liniami, generować zdania, na przykład: Szprota - nereczki - prześliczne: ale nie wyglada to jak coś, co może przynieść rezultaty, tzw. pożądane, tzn. inne niż morze groteski - w mojej głowie - i ocean pogardy - w głowach komplementowanych)

mówienia miłych rzeczy? Jak inni to robią?

Nature vs nurture: z pewnością to kwestia wychowania: matula zawsze powtarzała, że jeśli nie ma się nic niemiłego do powiedzenia, lepiej milczeć, a babunia często upominała nas znad garnka kompotu z gruszek, że kiedy mówi się ludziom miłe rzeczy, tylko sobie potem nawzajem zazdroszczą, a więc, kwestia wychowania, które, przede wszystkim, miało uwrażliwić mnie jako odpowiedzialnego człowieka i uczciwą obywatelkę na negatywne społeczne skutki mówienia rzeczy miłych. Jednak matula i babunia sztukę mówienia rzeczy miłych same wyniosły ze swoich niepostępowych domów; łatwo im było prawić kazania, kiedy w tle ich własnę dzieciątka tarzały się po podłodze jak kilka grup Laokoona, z miotłą i szczypczykami, w nieustającej walce o pochwały i komplementy. 

Ktoś musiał w końcu to powiedzieć, więc przerwałam milczenie.

Tagi: wyznania
14:52, sendai_a
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 09 stycznia 2012
ostatnio wszyscy tak coś od siebie piszą to ja może też -

- ponieważ naszła mnie dziś refleksja, kiedy z głośników Rihanna, a ja miotałam ciężarek (2kg), rojąc sobie po cichu, że chrześcijanie dla lwów (nienawiść stanowi dużą część również mojego życia prywatnego).

Otóż: nie lubię kobiet, którym się nie podobam. Jest tak dlatego, że w znacznym stopniu nie przywykłam nigdy do dzielenia przetrzeni życiowej z ludźmi, których poglądy na sprawy fundamentalne, a zarazem oczywiste (aborcja, eutanazja, czy jestem ładna), są błędne.

Poza tym, nie lubię ludzi, którzy uważają, że jestem arogancka, za to że tak po katolicku nienawidzą bliźniego swego jak siebie samego.

Nic więcej nie mam tak od siebie, ponieważ jestem kobietą prostą.

(Zastanawiałam się przez moment, czy nie wyśmiać którejś z trzech chłopięcych notek o WOŚP, pełnych whitewhine'u, z których najśmieszniejsza była ta, w której główny bohater nie mógł zrozumieć, że przez kilka godzin nie był w centrum uwagi, a ludzie dookoła bawili się, jak to, a ja ja ja; ale w sumie nie chce mi się, i tak wszyscy wiedzą, kto nie ma racji, kto jest winien NGOizacji i tak dalej, helou, nie jesteśmy dziećmi)

sobota, 31 grudnia 2011
na nowy rok

kilka książek o kobietach, które były do przeczytania na 2011/2012, ale właściwie skończyły się już (razem z pieniędzmi ;_;):

- Vicinius Martha, Intimate Friends: Women Who Loved Women, 1778-1928

- pamiętnik Anne Lister

- Mavor Elizabeth, The Ladies of Llangollen: A Study in Romantic Friendship

- Hayashi Fumiko, Hourouki

- Benstock Shari, "Kobiety z lewego brzegu"

- Osaki Midori, WSZYSTKO 

nie mam jakiegoś planu, ale wszystkie bardzo warto przeczytać.

***

Ulubiona piosenka mojego instruktora od zumby, na którego pupkę laski z damskiej szatni bardzo chętnie spoglądają, kiedy jest w ruchu i w obcisłych spodenkach, jak jabłuszko, jak mówią, to piosenka o nieszczęśliwej miłości heteroseksualnej, a w refrenie powtarza się ciągle "she ruined my life" i zawsze sobie wtedy myślę: no mam nadzieję!

 ***

szczęśliwego nowego roku &misandry forevar

Tagi: książki
17:28, sendai_a
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 listopada 2011
Katolik czyta, czyta, czyta

Katolicy znani są jako osoby dysponujące fascynującą umiejętnością klasyfikowania nigdy wcześniej nieprzeczytanej fikcji jako fikcji lub jako prawdziwej fikcji: tak tak, nie nie, "Pulpecja" versus "List do Efezjan"; tak to w skrócie działa. Dokładniejsze zbadanie tego niezwykłego fenomenu pozostawię Nauce, sama tymczasem zajmę się drobnym, mało znaczącym zjawiskiem w świecie polskiego czytelnictwa: katolikiem, ktory, lajk, akszuali Czyta.

Patrzcie!

To tworzy obraz poczętego dziecka jako potwora – komentuje dr Christine Schintgen. - W przypadku „Zmierzchu” jest tak nawet dosłownie, bo przecież jest dziwną, nienaturalną formą życia. Zdaniem Schintgen przekaz pro life jest bardzo powierzchowny i zdominowany przez argumenty przeciw życiu.

Nie, tak naprawdę to jest katolik, który Ogląda. Inny katolik, który ogląda, pisze poniżej:

Nie wierze wlasnym oczom: jaka k...wa czystosc przedmalzenska?! Kto sie dal na to nabrac?!

Wybor dziewczyny juz w poprzednich czesciach byl jasny: chce zostac wampirem, woli byc wampirem niz czlowiekiem. Zdradza wiec swoja rase.

W młodości o mało nie zostałam forensic linguist: moje super skille, powstałe wiele lat temu wskutek przeczytania Introduction to Forensic Linguistics pozwalają mi sądzić, że młoda osoba, podpisująca się niewiele (mi) mówiącym nickiem "davenia" prawdopodobnie uczestniczyła (bądź chciała uczestniczyć) w pewnym zeszłotygodniowym marszu, ramię w ramię z nieustraszonymi rycerzami, których największym wrogiem jest bruk. Dodatkowo, zastosowanie technicznej terminologii, jak "zdradza (...) swoją rasę" sugeruje co najmniej częste stosunki towarzyskie z pewną grupą młodzieży, wyrożniającą się dyplomem z prawa, politologii lub historii, przywiązaniem do tradycyjnych wartości (Bóg, przemoc, rozpierducha) oraz charakterystyczna fryzurą - łysiną.

***

Zadanie

Czy Legolas, przyjaźniący się z Gimlim, było nie było krasnoludem, jest zdrajcą rasy czy nie? Odpowiedź uzasadnij w trzech akapitach, posługując sie wybranym fragmentem "Mein Kampf".

***

Inny katolik oddaje się refleksji nad stanem duszy; jest to prawdopodobnie Inna Czynność Seksualna, jakiej z pasją oddaje się wielu członków fundamentalistycznych sekt w ciemne zimowe dni:

Nie wiem jak chorą trzeba mieć duszę, żeby rozprawiać o morderstwie nienarodzonego w kontekście matki wampirzycy, która nosi pod sercem pół-człowieka, pół-diabła?

Nie wiem, jak chorą trzeba mieć duszę, żeby rozprawiać jak powyżej, ale czy katolik Oglądający zatrzymał się chociaż na chwilę, żeby zastanowić się, czemu z taką pasją atakuje fikcyjną ciążę nieistniejącej kobiety z mitycznym demonem?

Prawdopodobnie nie.

Bardzo nas to zasmuca.

Tymczasem, katolik przechodzi bez zastanowienia do potępienia wielokutlurowości w fantastyce:

Odkąd wyrzuciłem telewizor z domu, nie mogę oglądać filmów fantastycznych. Większość z nich, jest dla mnie tak obca kulturowo, jak gotowane małpy i kropka na czole.

Bardzo dobrze rozumiem uczucie alienacji tego katolika, ponieważ to, co on chciałby oglądać, jest dla mnie jeszcze bardziej obce kulturowo niż jakieśtam gotowanie małpy (kiedyś, kiedyś koniecznie muszę spróbować), na przykład pewnie chciałby oglądać jakichś brzydkich mężczyzn w czarnych sukienkach, którzy palą ludzi, ale nie po to, żeby ich zjeść, ale po to, żeby przekonać ich, że żydowski cieśla, który został zombie wiele setek lat temu, nadal krąży po świecie; nic tak nie przekonuje, jak zapach palącego się własnego mięsa.

Odrażające.

Ale przejdźmy wreszcie do katolika Czytającego. Oto "GrzegorzHP" (fan Harry'ego?):

Kiedyś czytałem trylogię fantasy, która promowała homoseksualizm (w tle pojawiały się biedni, dyskryminowani homoseksualiści, którzy stali się pretekstem do indoktrynacji czytelników)

Oto Grzegorz, który prawie przez chwilę pomyślał, że homoseksualiści są ludźmi! Jak wielki musiał być jego ból, jak wielkie rozterki!

Uważna czytelniczka zauważy jednak coś jeszcze ciekawszego: na czym, zdaniem katolika, polega "promocja homoseksualizmu", oto jak pisze Grzegorz:

w tle pojawiały się biedni, dyskryminowani homoseksualiści

a więc: promocja homoseksualizmu polega na pokazywaniu, jak homoseksualiści są biedni i dyskryminowani. Wiele mówi to o mentalności katolika, którego człowieczeństwo zostaje potwierdzone dopiero wtedy, kiedy ktoś go prześladuje.

Zapamiętajmy to i prześladujmy katolików częściej: pozwólmy im także poczuć się przez chwilę ludźmi!

i w której bardzo dziwne rzeczy działy się z podziałem na magię białą i czarną (można rzec, że zostało to przedstawione dokładnie odwrotnie niż jest w rzeczywistości). 

RZECZYWISTOŚCI. Hihi.

Btw, czytałam taką książkę, o magii w średniowiecznej Polsce: zupełnie nie pamiętam autora i nie chce mi się szukać jej na półce, ale pamiętam dokładnie, że jakkolwiek w średniowieczu rzadko kwestionowano istnienie magii jako takiej, to jednak kościół katolicki potępiał wszystkie jej rodzaje. Czy Grzegorz byłby rozczarowany? Być może.

To jednak nie koniec trybulacji Grzegorza:

Czytałem po kolei wszystkie części trylogii przez całą noc. Nad ranem zrobiłem sobie przerwę w czytaniu, żeby się pomodlić. To było coś niesamowitego, gdy zrobiłem znak krzyża i nagle zniknął dziwny ciężar, który od dłuższego czasu mi towarzyszył i zobaczyłem, że czytana przeze mnie książka jest potwornie płytka (a w dodatku jest propagandą).

Gdyby Grzegorz poszedł spać, zamiast czynić nad ranem znak krzyża, ten "dziwny ciężar" mógłby zniknąć znacznie wcześniej.

Co wszystkim polecam!

Dobranoc.

23:52, sendai_a
Link Komentarze (9) »
środa, 02 listopada 2011
coś czego nigdy nie będę rozumieć

lo, oto zatroskana Matka Sześciorgu z Troska spogląda na małżeństwa zagrożone Rozpadem, zaczynając od b. efektownego cytatu, który pozwolę sobie:

"Małżeństwo jest dzisiaj bardzo zagrożone. Nie jakieś obce, w innym kraju, województwie, ale właśnie moje i twoje” – powiedział dr Mieczysław Guzewicz - doktor teologii biblijnej i konsultor Rady ds. Rodziny Konferencji Episkopatu Polski (...)"

To jak, cytat z gatunku samonapędzających się: czytelniczka wydaje z siebie przez chwilę bulgoczący odgłos podobny do sygnałów dźwiękowych emitowanych przez najedzone niemowlęta, blednie lekko na myśl o małżeństwie "moim i twoim" (po moim trupie, ale lepiej twoim, negl) i idzie dalej: jest piękny dzień, kolejny atak na rodzinę i tradycję zakończony sukcesem, w Brukseli już szykują kontyngenty okupacyjne, dos-ko-na-le.

Troska jednak ma to do siebie, że nigdy nie kończy się na jednym cytacie:

Są kraje, w których małżonkom niezwykle trudno się rozwieść, najpierw rzuca się im „koła ratunkowe” – są obowiązkowo kierowani na mediacje. Małżeństwa wspiera się ustawowo przy pomocy narzędzi prawnych.

O, radości, święta przyszły wcześnie w tym roku. Tu jednak pojawia się to, czego nie rozumiem tak bardzo, że jak patrzę na pochylających się z troska na Rodzinę i czekające na nią Zagrożenia, to aż sama nie wiem, jak nazwać uczucie głębokiej alienacji, wiosennej radości i gorzkiej pogardy?

Siódmy zmysł!

Jeśli bowiem małżeństwo zagrożone przez Cywilizację Śmierci i jej Czterech Jeźdźców: Rozpustę, Rozpasanie, Permisywizm i Związki Partnerskie jest tak cenne i wyjątkowe, to czemu utrudnia się kończenie małżeństw a nie ich zawieranie? Żeby zawrzeć małżeństwo przeciętnej parze heteryków, od strony formalnej, potrzebne jest mniej więcej to samo co przy zakupie flaszki: dowód osobisty. Czemu tradycyjne, biblijne małżeństwo nie jest trudniejsze do nabycia niż flaszka?

Dalej: wsiadając do pojazdu, kierowca musi liczyć się z tym, że zatrzyma go randomowo policja i sprawdzi, czy nie nie znajduje się pod wpływem alkoholu; jeśli znajduje się, zostanie ukarany. Czy osoby zawierające małżeństwa są poddawane kontrolom na obecność alkoholu we krwi, najpierw przed wejściem do USC a potem randomowo w trakcie małżeństwa? Nie? W takim razie czemu? Czy tradycyjne, biblijne małżeństwo nie jest czymś ważniejszym niż zwykłe prowadzenie samochodu?

Dalej: znowu kierowca, jeśli zrobi coś niemądrego na drodze, raczej może liczyć, że przyjdzie policja i zabierze mu pieniądze, punkty karne, prawko a wreszcie wolność przemieszczania się z miejsca na miejsce również pieszo. Czemu żadna władza nie czuwa nad świętością Tradycyjnego, Katolickiego Małżeństwa? Gdzie mandaty za nieodebranie dzieci ze przedszkola i zdradę? Gdzie punkty karne za niewynoszenie śmieci? Czemu nie jest odbierana wolność pozostawania w małżeństwie na własnych dwóch nogach i krześle w przypadku na przykład uderzenia małżonki? Czy tradycyjne małżeństwo nie jest czymś ważniejszym, o poważniejsztch konsekwencjach społecznych niż prowadzenie samochodu?

 Dalej: jeśli chcę zostać, na przykład, tłumaczką, będę musiała przypuszczalnie skończyć jakieś studia, być może nawet zdać jakieś egzaminy językowe poza studiami. Czy para heteryków, zawierająca małżeństwo, nie podejmuje znacznie poważniejszej decyzji niż decyzja o zostaniu tłumaczką? Czemu wobec tego nie muszą studiować co najmniej 4-5 lat i zdawać egzaminów na koniec każdego semestru? Czy powołanie do małżeństwa nie jest czymś piękniejszym i wznioślejszym niż powołanie do tłumaczenia oferty handlowej firmy sprzedającej liczarki monet?

Czemu tak łatwo zawrzeć małżeństwo, jeśli jest takie ważne, i czemu tak ciężko je zakończyć, jeśli jest takie ważne: czy Tradycyjne, Biblijne Małżeństwo nie powinno byc bardziej elitarnym klubem dla wąskiej grupki 20-30 tysięcy katolików, najlepiej tylu, ilu prenumeratorów ma "Fronda", podczas gdy reszta ludzi robi sobie, co chce?

oh wait

No i potem:

Najdoskonalszym obrazem małżeństwa jest Święta Rodzina. Mąż i żona, poprzez udzielany sobie sakrament małżeństwa, mają obowiązek i wielką szansę na piękną miłość, jeżeli do swojego związku zaproszą Jezusa Chrystusa.

Umm, nie wiem, czy wszystkie rodziny oparte na Tradycyjnym, Katolickim Małżeństwie będą miały szanse pozyskać, pardon, ~*zaprosić*~ Jezusa do swojego związku, a jeśli nawet, to pewnie nie tą samą drogą, co Święta Rodzina, lol, ale Mam Nadzieję i modlę się za was, chociaż jesteście skazani na totalną klęskę oraz, like, srsly, zamiast zapobiegać rozwodom powinniście zapobiegać małżeństwom(1).

Bo nic tak nie cieszy jak ludzkie nieszczęście.

(1) Proponuję prosty zestaw testowy dla potencjalnych małżonków:

- czy umieją zawiązać sznurówki

- czy umieją włączyć piekarnik

- czy umieją zrobić sobie herbatę

- czy umieją rozwiązać prostą krzyżowkę

etc.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
Tagi